| | | | Oto prawda, z której możesz nie zdawać sobie sprawy, a powinieneś ją znać, choć to może i jest brutalna, ale dotyczy właśnie Ciebie.
Otóż na Twoich rękach żyją tłumy drobnoustrojów. Mają rodziny, przyjaciół, kochają się i rozmnażają. Prowadzą normalne życie. I nagle pojawia się takie mydło i je zabija wszystkie.
Smutne to takie... |
| | | | |
| | | | Mam na osiedlu pewną fanatyczkę, przy której najbardziej zakute mohery po prostu "wysiadają". Pani ta jest chrześcijanką od 5000 lat, nosi na szyi krzyż wielkości tych które wiesza się na ścianach i każdego wita gromkim "SZCZĘŚĆ BOŻE!", które zapewne słyszą Eskimosi w pogodne dni. Jak wynika z opisu, pani ta jest utrapieniem wszystkich, od sklepowej na księdzu kończąc. Nie rozumie, że na świecie są inni ludzie, myślący niekoniecznie tak, jak pisze w Biblii, czy nie lubiący publicznego powitania religijnego. Dziś, natchnąłem się na nią w "dyskoncie dla biednych". Rzecz jasna, z daleka powitała mnie swoim standardowym "SZCZĘŚĆ BOŻE!", przez które wszyscy klienci otrząsnęli się z przestrachu. Gdy ten fantastyczny początek mieliśmy już za sobą, zajrzała do mojego koszyka. - Michałku! Co ty kupujesz! PARÓWKI?! W Wielki Post?! - cały czas krzyczała, jakby ją ktoś ze skóry obdzierał. - Tak, kupuje parówki. Pewnie pani nie wie, ja jestem apostatą... - tu już nie dane mi było dokończyć. - Jak to tak?! Gdzie twoja kultura?! Czego cię matka nauczyła?! Jak tak możesz?! - i tak dalej, i tak dalej... Szczęśćboże, jak ją nazywamy, łaziła za mną po całym sklepie, wmawiając we mnie, że nie wolno mi jeść mięsa w Wielki Post (jakby parówki z "dyskontu dla biednych" miały z mięsem coś wspólnego...).Gdy stanąłem przy kasie i, nauczony doświadczeniem, udawałem, że jej nie wiedzę, obrała inną taktykę. Zaczęła wymyślać, w miarę kulturalnych słowach, kasjerce "że jakim prawem sprzedają mięso w post?!". Nie docierały do niej argumenty w stylu "Polska to świecki kraj" i "proszę nie krzyczeć". W końcu, poszła złożyć skargę na kasjerkę "że sprzedaje mięso w Wielki Post". Nie wiem czy złożyła ją na piśmie, ale widziałem, jak krzyczy na kierownika zmiany. |
| | | | |
| | | | Jakiś czas temu w Łodzi zrobiła się afera, ludzie tonami dostawali wezwania za rzekomą jazdę bez biletu. Zgadzał się tylko adres, nazwisko. Ew jedno z powyższych. Oczywiście nigdy nie było np nr pesel lub dokumentu. Czyli ewidentne twórcze pisanie mandatów. Skala była tak duża, że i lokalna gazeta o tym pisała. Jak się okazało na mój adres przyszło też wezwanie. Oczywiście jest imię nazwisko i adres zamieszkania brak jakichkolwiek danych potwierdzających np pesel. Czyli wiem, że ktoś spisał np z klatki schodowej. W każdym razie jadę z awanturą ( wiem że sprawa jest wygrana) Wchodzę do biura firmy tam ze 30 osób z podobnym problemem. Oczywiście non stop jakieś awantury kłótnie. Ale przebił w pewnym momencie wszystkich gość, który wszedł. W pełnym służbowym mundurze łącznie z czapką, motorniczy i dość głośno powiedział: - Co za kut*s wysłał mi mandat za jazdę moim tramwajem bez biletu?! |
| | | | |
| | | | <Pikuś> Ten Kaczyński żywcem nie ma gdzie zakupów robić.. <Pikuś> w biedronce nie bo to dla ubogich <Pikuś> a media markt odpada z innych względów |
| | | | |
| | | | Weszłam dziś po drodze z uczelni do Textila, żeby zakupić sobie kilka rzeczy. Po wybraniu towarów ustawiłam się w kolejce. Przede mną stał starszy pan, gdzieś ok. 70-letni. Widać, że nie należał do najbogatszych. W ręku trzymał zwykłe rajstopy damskie, które zakupił jako prezent dla żony (usłyszałam jego rozmowę ze sprzedawczynią, która pomagała mu je wybrać) oraz 20 złotych. Gdy przyszła jego kolej podał sprzedawczyni swój zakup i odszedł na bok odstawić koszyk, niestety potknął się i koszyki ustawione obok lady przewróciły się, wcześniej położywszy na ladę banknot. Ekspedientka szybko go chwyciła, starszy pan poprawił koszyki odebrał resztę i wyszedł. Gdy byłam obsługiwana, wrócił ze słowami skierowanymi do ekspedientki: - Proszę pani, ale tu jest reszta do 10 złotych, a ja dałem Pani 20. Ekspedientka zrobiła wielkie oczy, twierdząc że otrzymała banknot dziesięciozłotowy, jednak pan twierdził nadal (ze łzami w oczach), że dał jej 20 złotych. Przekomarzali się tak chwilę, gdy ekspedientka stwierdziła: - Panie ja przez pana muszę kasę przeliczać, boś pan stary tetryk i mi tutaj kity wciskasz, że dałeś Pan 20 zł. Stary sklerotyk. W tym momencie nie wytrzymałam i zwróciłam jej uwagę, że widziałam, że pan kładł na ladę 20 złotych, kobieta za mną też to potwierdziła i dodałam, że bezczelnie jest oszukiwać osoby starsze, wypominając na dodatek ich wiek i ewentualne choroby. Kobietę zamurowało. Oddała panu resztę do dwudziestki, z miną obrażonej księżniczki. Ja odłożyłam zakupy, bo nie chciałam być obsługiwana przez taką osobę i wyszłam ze sklepu. Za drzwiami zatrzymał mnie starszy pan, mówiąc: - Dziękuję dziecko za wstawienie się za mną, dzięki tobie będę mógł kupić jeszcze mojej Helence jakiegoś kwiatka i ciasto. I może to zabrzmi banalnie, ale w oczach nas obojga zalśniły łzy... |
| | | | |
| | | | Kiedyś prowadziłem ze wspólnikiem komis z telefonami komórkowymi. Pracowaliśmy na zmianę - jeden dzień ja , jeden dzień wspólnik. Przytrafił mi się piekielny około 60 lat. W ciągu pół godziny oglądał wszystkie telefony i do każdego głupi komentarz, typu 'Ten za mały wyświetlacz', 'Ten za małe guziczki' ,' W tym się zaraz klapka połamie' - maruda okropna. Wiedziałem, że nic nie kupi, a on nagle pyta: -[K]lient - A te telefony to na kartę są? -[J]a - Nie, na żetony - odpowiedziałem poważnie. -[K] - To nie, dziękuję, do widzenia. Na drugi dzień wspólnik za ladą, a tu przychodzi ten sam typ i mówi: -[K] - Proszę mi pokazać telefony na żetony. -[W]spólnik - Ale na żetony nie ma, są tylko na kartę... -[K] - Co pan mi pie***sz, wczoraj oglądałem. Wspólnik zaskoczył, że to żart i mówi: -[W] - Na żetony się wszystkie wysprzedały, ale proszę zajść jutro. Gość już nigdy się nie zjawił. |
| | | | |
| | | | Sytuacja dzieje się w osiedlowym sklepie, raczej średniej wielkości ale można znaleźć w nim wszystko. Poszłam tam na zakupy, z ciężkim koszykiem podchodzę do kasy, a przede mną stoi tata z małą córeczką (na oko jakieś 5 lat). Położyli na pasie jakieś soczki, chipsy i plecak szkolny. Pani kasjerka kasuje wszystko i już ma podać kwotę jaką ma zapłacić tatuś, gdy nagle córeczka wylatuje z tekstem: - Tatusiu, a te słodycze co do plecaka włożyłeś są za darmo? Zapadła ogólna cisza, mężczyzna przybrał kolor dojrzałego buraka i uciekł ze sklepu ciągnąć córkę za sobą. |
| | | | |
| | | | Mój brat jest programistą, dorywczo zajmuje się także tworzeniem stron internetowych. Jego synek chodzi prywatnego przedszkola, które słono kosztuje. Niedawno, kiedy brat odbierał dziecko, podeszła do niego dyrektorka przedszkola, powiedziała, że przymierza się do stworzenia nowej strony internetowej i spytała czy mój brat zechciałby się tego podjąć. Umówili się na rozmowę na ten temat. Dyrektorka przedstawiła swoją wizję i wymagania. Zapowiadała się długa, żmudna praca, ale też niezła kasa, więc brat postanowił wziąć to zlecenie i obiecał wrócić za kilka dni ze wstępnym projektem. Jak powiedział, taka zrobił, pokazuje projekt, dyrektorka zachwycona, ale ma kilka zastrzeżeń, bo chciałaby jeszcze "to, to i to". Okazało się, że zmiany wymagają sporego nakładu pracy. Brat więc pozwolił sobie na drobną sugestię: - Wie pani, ale to nie są zmiany, które znacząco wpłyną na atrakcyjność strony, a wymagają dużo pracy, no i gdyby się pani na to zdecydowała, to wtedy cena będzie wyższa niż standardowa, wzrośnie o ok. 200zł. Dyrektorce mało co oczy z orbit nie wyszły, po czym wydusiła z siebie: - Jak to..? Pan chce za to PIENIĄDZE??? - ??? - Przecież pana syn chodzi do naszego przedszkola! No jak można tak po znajomości zdzierać! - To może umówmy się tak. Ja pani zrobię tą stronę, a za to przez rok nie będę płacił za przedszkole, no bo jak można tak po znajomości za opiekę nad dzieckiem zdzierać! Rozmowa skończyła się wielkim oburzeniem obu stron, brat wściekły, że czas na wstępny projekt zmarnował, dyrektorka wściekła, że będzie musiała jednak szukać dalej jelenia. Od tego czasu dziecko odbiera tylko bratowa, a przedszkole do dziś nie ma nowej strony. |
| | | | |
| | | | Tankuję raz samochód na stacji benzynowej (samoobsługowej) i podszedł do mnie facet z plastikowym kanistrem. Mówił, że mu paliwa zabrakło, w dziurę wpadł i uszkodził resor, i teraz i z 5l potrzebuje żeby do domu dojechać, i tak zbiera po literku. Samochód stał przed stacją, taki starawy sportowy... Parę razy byłem w podobnej sytuacji (braku paliwa w szczerym polu, do stacji daleko) i dzięki życzliwości ludzkiej udawało mi się albo wlać do baku parę litrów, albo dojechać do stacji gdzie mogłem zakupić kanisterek, więc ze współczuciem odlałem mu trochę ponad 2l, bardzo dziękował. Półtora tygodnia później znowu tankuję na tej stacji samochód, i podbija ktoś do mnie z pytaniem "Co pan tankuję? Benzynę? Nie odlałby mi pan może literka, bo mi się paliwo skończyło i...". Już miałem powiedzieć, że spoko, ale coś mi zaskoczyło w głowie (pytanie i ten sam facet) i zapytałem się: - A czy ja już panu czasem nie odlewałem? Facet wydobył z siebie "yyyyyy" (pewnie też poznał) i szybko uciekł do swojego samochodu (wiśniowy, sportowy model, na oko 10-15 letni), wlał do baku co miał, po czym wsiadł do środka i nie wychodził. Pewnie czekał aż zatankuję i pojadę, żeby mógł dalej posępić. Nie zamierzam zakładać, że każdy proszący o benzynę to oszust, w końcu mi też się raz zdarzyło. Ale ze względu na rosnące ceny - wnioskuję, że nowy rodzaj naciągaczy może właśnie powstał. |
| | | | |
| | | | Historia z MPK. Niedzielne popołudnie, siedzę sobie zaraz za kierowcą w autobusie, ludzi całkiem sporo. Na jednym z przystanków wsiada [D]ziewczyna z rodzicami. Podchodzi do [K]ierowcy: D - Poproszę trzy bilety jednorazowe K - Nie mam juz biletów. D - To może godzinne chociaż? K (podniesionym głosem) - Nie mam biletów! Nie ma to nie ma. Jedziemy dalej, dwa przystanki później wsiadają kanary. Dziewczyna tłumaczy, że chciała kupić bilety, ale kierowca nie ma, autobus bez automatu biletowego, a wiadomo niedziela to i żadnego kiosku nie uświadczysz otwartego. Kanar podchodzi do kierowcy i pyta czy to prawda, że nie ma biletów. Na to kierowca: K - Mam bilety. D - No jak to, przecież mówił pan, że nie ma pan żadnych biletów? K - Mówiłem, że nie mam wydać. D - Co wydać, jak nawet nie dawałam żadnych pieniędzy jeszcze? Ponieważ już widziałam, że kanar przymierza się do spisania całej trójki, wtrąciłam się, mówiąc że ja też słyszałam jak kierowca mówił, że nie ma biletów, za co dostał mi się ochrzan od wyżej wspomnianego, że mam problemy ze słuchem. Na szczęście siedzący naprzeciwko starszy pan, też potwierdził, że wszyscy dookoła słyszeli wrzask kierowcy, iż nie ma biletów. W końcu kanary zostawili w spokoju całą trójkę, z czego kierowca był wyraźnie niezadowolony. Nie wiem, dostaje jakąś prowizje od mandatów czy co? |
| | | | |
|
|
|
|